niedziela, 3 września 2017

Bez prądu #2 - Pandemic: Czas Cthulhu



Nie mam pojęcia, czy Matt Leacock w chwili tworzenia swojego sztandarowego tytułu Pandemic zdawał sobie sprawę z tego, jak wielkim sukcesem okaże się jego strategiczno - kooperacyjna gra, jednakże nie ulega najmniejszej wątpliwości, że planszowa próba poskromienia śmiertelnych wirusów okazała się rzeczą absolutnie rewelacyjną znajdując uznanie wśród większości zainteresowanych tematem gier bez prądu.

Po Pandemię sięgnęliśmy wraz z moją drugą połówką dobrych kilka miesięcy temu. Gra od razu pochłonęła nas na tyle, że spędziliśmy przy niej wiele godzin podczas kolejnych wieczorów, w czasie których rozgrywaliśmy wariant dwu oraz trzyosobowy. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że Pandemia to już cała rodzina gier, gdzie swoje miejsce znalazła również wersja osadzona w realiach uniwersum lovecratiańskiej mitologii. Jednak gdy tylko nasz wzrok napotkał klimatyczną okładkę do Pandemic: Czas Cthulhu, decyzja o wysupłaniu z portfela nieco ponad stu dukatów stała się oczywistością.



Jako esteta zainteresowany niemal wszystkim odnoszącym się do świata stworzonego przez Samotnika z Providence, pierwszym na co zwróciłem uwagę po rozpakowaniu pudełka z grą był fakt jej pierwszorzędnego wykonania. Pełne artyzmu, niezwykle sugestywne elementy składowe zdają się przenosić nas do realiów znanych z opowiadań Lovecrafta z całą ich niesamowitością i tajemniczością buchającą tłoczącym się wśród mgielnych oparów niebezpieczeństwem. Wszystkie karty jakie znajdziemy w grze uderzają klimatem i starannością wykonania tak rewersów, jak i awersów. Podobnie jest z planszą, na której nie zabrakło ulubionych miejscowości każdego fana Wielkich Przedwiecznych, a w których przyjdzie nam zmierzyć się z potworami wydartymi z innych wymiarów oraz ich kultystami. W przypadku Pandemic: Czas Cthulhu nawet instrukcja została przygotowana w taki sposób, aby przynajmniej pierwsze strony sprawiały wrażenie starego, zakazanego almanachu. Do tego wszystkiego należy dodać pieczołowicie wykonane figurki stanowiące kolejny ważny pod względem estetycznym element gry, zapewniający każdemu graczowi dodatkową porcję wrażeń.




Pod względem mechaniki Pandemic: Czas Cthulhu nie różni się zbytnio od swojego pierwowzoru. Silny mechanizm kooperacyjny wymaga dużego skupienia i przemyślanych ruchów – zarówno naszych, jak i naszego partnera/partnerów. Jest to w końcu jeden z tych tytułów, w których zgrany zespół jest niewątpliwym kluczem do sukcesu. Główne różnice tkwią tutaj w szczegółach takich jak występowanie żetonów poczytalności graczy (jakie chyba na trwałe weszły i dalej wchodzić będą w skład każdej gry poruszającej się w świecie Cthulhu i jego przerażających pobratymców), czy różnoraka forma zadań, a w zasadzi kar, czekających w przypadku odsłaniania kolejnych kart z Przedwiecznymi. Na pierwszy rzut różnice te nie są duże, jednak to właśnie dzięki nim gra staje się jeszcze bardziej pasjonująca niż standardowa Pandemia. W przypadku tejże gęsta atmosfera planszowego survival – horroru jest obecna niemal na każdym kroku, a z każdym pociągnięciem kolejnych kart przywołania nasz nieszczęśliwy koniec wydaje się być coraz bardziej realny.


Pandemic: Czas Cthulhu to bez wątpienia pozycja bardzo dobra, urzekająca nie tylko samą rozgrywką, ale i formą z jaką ta została podana. Fanom twórczości Lovecrafta spodobać się może nawet w przypadku, jeżeli planszówkowe tematy są dla nich czymś zupełnie obcym. 

1 komentarz:

  1. Piękna oprawa graficzna! Niezbyt często sięgam po planszówki, ale ten klimat do mnie przemawia ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...